Pamiętajmy nie tylko o ogrodach

Była chłodna marcowa noc, a on siedział na drodze, na moim pasie ruchu i po prostu patrzył.

Jechałam bardzo wolno, bo światła awaryjne samochodu stojącego jakieś dwadzieścia metrów za nim, zmusiły mnie do zdjęcia nogi z gazu. Wcześniej widziałam ślady ostrego hamowania. Nieco dalej stała ciężarówka. Przy obu samochodach kręcili się ludzie, pomoc okazała się niepotrzebna. Mogłam jechać dalej, więc pojechałam, ale on pojechał ze mną: został w mojej pamięci. Od razu wiedziałam, że na zawsze.

Wyglądał jak duża, sympatyczna maskotka: puszysty, rudy, dobrze odżywiony. Tylko ta poza… W świetle reflektorów widziałam jego szeroko rozwarte oczy. W całym ciele tylko uszy wydawały się czuwać – drgały lekko, nasłuchiwały, jakby namawiały, żeby poszedł tam, gdzie się kierują. Pozostawał jednak obojętny wobec instynktu. Nie od razu zauważyłam, że dolna część jego tułowia była zbroczona krwią…

No jasne, że zastanawiam się, co w takim momencie dzieje się w umyśle zwierzęcia. Jestem bardzo daleka od przekonywania, że teraz rozważa swoje życie, zastanawia się czy ktoś mu pomoże albo pała gniewem do nieostrożnego kierowcy. Jednocześnie nie jestem w stanie wmawiać sobie, że nie czuje nic. Instynkt każe mu uciekać, ciało odmawia posłuszeństwa. Zaskoczenie? Dezorientacja? Lęk? Czy to jedyne emocje? Na pewno jest wiele innych, możliwe, że obcych mojemu płytkiemu, ludzkiemu sercu.

Co zrobią ludzie, którzy z nim zostali? Co ja bym zrobiła? Nigdy się nie dowiem.

 

Często postrzegamy dzikie zwierzęta jako symbol wolności i niezależności. Wspominam nieruchome oczy żywego stworzenia i już nie wiem, co jest warta wolność ograniczana wiecznym lękiem – przed innymi zwierzętami, nieprzewidywalną naturą, ludźmi, samochodami…

W ten oto sposób pewien piękny lis uświadomił mi, że wolność nie istnieje – możemy żyć tylko w bardziej lub mniej przyjaznej zależności od środowiska, które może – ale nie musi! – mieć na uwadze nasze dobro, a zwłaszcza bezpieczeństwo.

Barbara Okurowska Budrewicz

 

PS

To zdarzenie przypomniało mi też o wierszu, który dawno temu tak poruszył moje nastoletnie serce, że z własnej woli nauczyłam się go na pamięć. Autorem jest Sergiusz Jesienin, niestety nie pamiętam, kto dokonał przekładu (z jakiegoś powodu przychodzi mi na myśl Julian Tuwim). Proszę mnie poprawić, jeśli pamięć zawiodła i bardzo zmieniłam tekst:

LIS

Ledwie dowlókł się na nodze zdruzgotanej

Tuż przed norą miękkim kłębkiem legł

Wąskim szlakiem krew płynąca z rany

Zabarwiła wokół głowy śnieg

Wciąż powracał doń kłujący dym wystrzału

Przed oczyma chwiał się bagien leśnych lód

Gdzieś zza krzaka wichr kosmaty zawiał

I rozsypał rozdzwoniony śrut

Niby żołna nad nim czarna mgła latała

Mokry wieczór był jak lepki krwawy dzban

Trwożnie głowa się wzniosła opadła

I bezsilnie język stygł na ogniu ran

Żółty ogon padł pożarem w zamieć siną

W pysku posmak niby marchwi zgniłej wiew

Wiało szronem i pachniało cierpko gliną

A zmruż oczu zalewała z wolna krew

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Pola oznaczone * są obowiązkowe. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.