Pojawili się na PRZEDpasterce, żeby trochę pomuzykować. A nawet na chwilę grzecznie ustąpili miejsca starszemu pokoleniu. Tym sposobem mieliśmy okazję wysłuchać kolęd w wykonaniu osób reprezentujących imponujący przedział wiekowy: 13 – 72 lata. No nieźle…
PRZEDpasterka trwa jednak zbyt krótko, żeby się nimi nacieszyć – cóż to jest: pół godziny? Dlatego z radością przyjęliśmy informację, że można ich posłuchać i pokolędować z nimi już za kilka dni: 30 grudnia.
To właśnie członkowie zespołu „Wody Jordanu”, bo o nich tu mowa, byli inicjatorami i organizatorami tegorocznego Srokowskiego Kolędowania. Z tego co słyszałam, wskrzesili tylko tradycję sprzed kilku lat. Ku radości osób, które widzą miejsce kolęd właśnie w kościele.
Może i słusznie, bo słysząc je w sklepach, centrach handlowych, stacjach benzynowych, a nawet w reklamach, powoli zatracamy ich przesłanie, obojętniejemy na słowa. I pomyśleć, że dzieje się tak tylko dlatego, że – piękne skądinąd – melodie, dla wielu z nas stają się irytującym, sezonowym zjawiskiem, które trzeba znosić jak katar podczas kwitnienia traw. Można odnieść wrażenie, że stały się tylko narzędziem zwiększającym sprzedaż towarów, pretekstem do przeprowadzania konkursów z nagrodami i nagrywania prestiżowych koncertów, które urozmaicą Wigilię, ale przede wszystkim zwiększą oglądalność TV.
Niby są wszędzie i to już od listopada, a jednocześnie – a może właśnie dlatego! – zatracamy zwyczaj i potrzebę wspólnego rodzinnego śpiewania kiedy nadchodzi ten szczególny moment… A przecież w prostej ludowej poezji, którą znajdujemy w kolędach, zawarto więcej niż się wydaje. Niosą ze sobą to jedyne w swoim rodzaju światło: otuchę i nadzieję. Moim zdaniem – niezależnie od światopoglądu – można w nich znaleźć wszystko: miłość, radość, troskę, ale też smutek i zgodę na to co niesie przyszłość. Ponad wszystko zaś – obietnicę odmiany losu, pewność, że nic nie zostało nam dane raz na zawsze. …
…Tak więc „Wody Jordanu” w jakimś sensie pomogły nam je odzyskać. Dały szansę odszukać je w sercu, razem ze wspomnieniami z dzieciństwa.
Kolędy i pastorałki…
Kto czuł potrzebę ich wysłuchania w oprawie adekwatnej do treści, kto chciał śpiewać w gromadzie i kto chciał zaśpiewać innym – miał taką możliwość w niedzielne, grudniowe, deszczowe popołudnie. Śpiewać mógł naprawdę każdy. Jeśli nawet nie ominął go stres, to był minimalny. Bezkonkursowa forma okazała się bezkonkurencyjna. Wyrazy uznania należą się wszystkim, którzy postanowili się zaprezentować: każdy śpiewał dobrze, bo każdy pomysł na kolędę jest dobry. Nawet jak się ma nie więcej niż trzy lata, albo zapalenie krtani, ba! nawet jak śpiewa się po szwedzku! Organizatorzy potrafili to docenić w sympatyczny sposób, a publiczność nagrodzić sprawiedliwie, bo spontanicznie 🙂
Zachwyciła mnie organizacja przedsięwzięcia, swobodne prowadzenie, poziom artystyczny zespołu (zarówno w warstwie wokalnej, jak instrumentalnej) oraz liczna obecność mieszkańców Srokowa i gości spoza naszej gminy. Na chwilę gromadka nastoletnich członków zespołu (z niewielkim i dyskretnym wsparciem pani Anety) stała się gospodarzem miejsca, w którym rozgościły się kolędy i „kolędnicy”.
Trudno było nie zauważyć kto grał pierwsze skrzypce. Oczywiście… gitarzysta – genialny akompaniator, który potrafi wesprzeć absolutnie każdego – wiem co mówię! – wykonawcę.
A jeśli już o instrumentach mowa… Zastanawiam się ilu z Was potraktowało ich rozmaitość jako coś zwyczajnego? Gitara, gitara basowa, wiolonczela, skrzypce, kontrabas i – oczywiście –„przeszkadzajki”.
„Wody Jordanu”. Taki tam: typowy, wiejski, parafialny zespolik… 🙂
No właśnie!
Przyzwyczailiśmy się, że swoim śpiewem uświetniają niektóre msze w srokowskim kościele.
Co właściwie wie o nich przeciętny mieszkaniec naszej gminy?
Zespół istnieje już prawie 10 lat. Przewinęło się przezeń co najmniej 30 młodych wykonawców. Pomysłodawcą był jeden z wikarych, który chętnie przekazał początkujących artystów w ręce pani Anety Weredy: osobie o większych możliwościach muzyczno-wokalnych i – co nie mniej ważne – tak jak on rozumiejącej sens, powagę i wartość tego rodzaju przedsięwzięcia.
Na przestrzeni lat – razem z mężem, Andrzejem, cierpliwym i niezawodnym akompaniatorem i „dźwiękowcem” – wzbogacili repertuar, udoskonalili warsztat, pomogli członkom zespołu nabrać pewności siebie i pewnego rozmachu. To nie przypadek, że „Wody Jordanu” coraz częściej są zauważane przez osoby potrafiące docenić ich umiejętności. Śpiewali w wielu miejscowościach (Węgorzewo, Boguchwała, Giławy, Olsztyn, Kętrzyn, Biskupiec, Warszawa, Łabędnik, Kuty, Kinkajmy, Garbno) jako oprawa artystyczna rozmaitych wydarzeń i uroczystości (koncerty charytatywne, śluby, jubileusze, a nawet… msze pożegnalne). Wiem – bo byli przy mnie w szczególnie trudnych chwilach – że są wrażliwi, niezawodni i profesjonalni.
Obserwuję ich od kilku lat i mam wrażenie, że czynniki takie jak miejsce, okazja czy osoba „zleceniodawcy” nie mają wpływu na ich zaangażowanie. W każdy występ wkładają całe serce. Wszystkie serca. Zapytani dlaczego to robią – inwestują czas i ponoszą koszty – odpowiadają: „Na chwałę Bożą i z potrzeby serca!” Podejrzewam i mam nadzieję, że z miłości do muzyki także… Nie muszę zresztą znać i rozumieć wszystkich powodów istnienia zjawisk godnych podziwu. Ale podziwiać mogę.
Wiem, że nie jestem jedyna, a „Wody Jordanu” nie przestają podbijać serc – od niechcenia i mimochodem:
W lipcowe popołudnie minionego roku usłyszałam rozmowę dwojga, około czterdziestoletnich turystów wychodzących ze srokowskiego kościoła, w którym akurat odbywała się msza w związku z czyimś jubileuszem:
– Ależ oni śpiewają!
– Cudownie! Dlaczego właściwie wyszliśmy? Chciałam jeszcze posłuchać…
– Też bym chętnie został, ale to chyba prywatne nabożeństwo było[1]…
– Zauważyłeś, że to miasteczko jest jak z bajki? Czyste, zadbane…
– I ten kościółek!
– I ten zespół…
– Pewnie przyjezdny…
Inny turysta przebywający z rodziną w naszych stronach, tak opowiadał o tym jak odkrywał uroki okolicy:
– Wczoraj z ciekawości zajrzałem do waszego kościoła i wie pani co? Zostałem na całą mszę! Bo zasłuchałem się w pieśni śpiewane przez zespół, na chórze! Ciekawa, współczesna aranżacja… To było piękne. Jakieś takie… i radosne i poważne… Nie wiem jak to opisać. Od razu widać, że macie dobrego fachowca. Pewnie organista.
– Nie – sprostowałam – Nauczycielka.
– Muzyki. No tak!
– Nie. Polskiego…
– Robi naprawdę dobrą robotę.
– Ja to wiem!
***
Koją i cieszą serce.
Sama nie wiem kiedy zanurzyłam się w nu(r)tach „Wód Jordanu”.
Tak trudno je opisać, a tak łatwo się słucha…
Jak każdej dobrej muzyki w dobrym wykonaniu.
——————————————–
[1] Czy to możliwe?
Taki tam: typowy, wiejski, parafialny zespolik – przekorne słowa. Ja tam się nie znam na muzyce, nie umiem określić nawet czy coś było czysto czy nieczysto. Jedno nawet laik zauważy – to pełny profesjonalizm, swoboda, charyzma. Słyszałam ich już kilkukrotnie i zawsze żałowałam, że już koniec. Brawo, brawo, brawo i oby Wam się chciało jeszcze długo.
To ja jestem fanem zespołu tym w anegdocie Pani Basi. Sama prawda.Przyznam się że kilka tygodni później znów odwiedziłem kościół o tej samej porze, ale nie trafiłem na Wody Jordanu. Jak rozumiem zespół jest prowadzony charytatywnie nie mam więc prawa żądać jakiegoś grafiku. ale może coś na stronie parafialnej? ( sprawdziłem, że macie!) Gratuluję,bo każde słowo jakie tutaj padło należało się wam już dawno – mieszkańcy to wiedzą, ale nie wiem czy do końca rozumieją że mają taką perełke u siebie? Strasznie żałuję że nie wiedziałem o srokowskim kolędowaniu. Byłem całkiem niedaleko, przyjechał bym na pewno.
Ja tylko chcę powiedzieć, że moja córka też śpiewałą w „Wodach Jordanu” i trzeba wiedzieć, że na sukces zespołu składa się też to, że rodzice te dzieci przywożą i wożą gdzie trzeba. To też jest zasługa Państwa Wereda, bo nie dla każdego by mi się chciało. Patrzyłam ile siły wkładają w to, żeby się wszystko udało i po prostu głupio było im nie pomóc. Robią naprawdę dobrą rzecz, a jak ich znam są teraz skrępowani tymi pochwałąmi, bo to skromni ludzie. Pozdrawiam serdecznie.
A. 🙂
Czekam kiedy jeszcze Ksiądz się podepnie pod ich sukces. A tak poważnie – oczywiście że sukces ma wielu ojców ale z całym szacunkiem dla Księdza i z podziekowaniem, bo przecież sprzyja, i z podziwem dla rodziców którzy nie przeszkadzają a nawet pomagają, chcę podziękować Wodom , że są i niech będą jak najdłużej. Pomysł z informacją na której mszy grają jest super. I tak będę w kościele, ale oni mnie dodatkowo bardzo dobrze mnie nastrajają. Nie wiem czy to dobre słowo.
A słuchaliście Wody Jordanu w Wielką sobotę albo w święta? W sobotę, na przepięknej mszy wysłuchałam ich przypadkiem , w poniedziałek poszłam do kościoła na mszę gdzie miałam nadzieję usłyszeć ich jeszcze raz. Żałuję ,że w Srokowie bywam tak rzadko! Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone, jeśli powiem, że Bóg wiele im zawdzięcza 🙂
Niech Was ma w swojej opiece!!!!